środa, 4 listopada 2015

10 rozdział (niepełny) + NIESPODZIANKA!

Hej!
Wiem, wiem! Miało być dawno temu, a jest teraz, ale, ale... Uprzedzam was, że nie jest to pełny rozdział, ale na końcu mam dla was niespodziankę. Takie trochę usprawiedliwienie dla mojej weny. Obiecuję, że przywołam ją do porządku.


Tym razem dedykację dostaje Felixik. Chyba domyślasz się, ale powiem. Dostajesz za te cudowne, dodające weny komentarze, które pisała również Klaudiu, ale ona jeśli zasłuży, to dostanie swoją dedykację. ;)

Enjoy!


Ręka była zaciśnięta na sztylecie, którym w śnie torturował blondyna. Mimo, że nie było na nim krwi, ciałem Pottera wstrząsnął dreszcz.

"Skąd... Skąd to tu..."

Nagle poczuł się obserwowany. Rozejrzał się, upewniając się, że w pomieszczeniu nie ma żadnej, niepowołanej osoby. Odetchnął z ulgą, kiedy oprócz śpiącego obok niego Draco, nie znalazł nikogo. Dlaczego więc wciąż miał wrażenie, że ktoś na niego patrzy?
Otworzył szufladę w szafce nocnej i nieco trzęsącą się dłonią odłożył do niej sztylet, zabierając różdżkę.
- Tempus - szepnął, aby nie zbudzić Malfoy'a. Było nieco przed szóstą nad ranem, jednak czuł, że nie zdoła już dziś zasnąć.

***

Oprócz myśli na temat snu, umysł Harry'ego zaprzątała lekcja z Voldemortem. Bał się. Nie był jeszcze gotowy, aby zrobić wszystko, czego mężczyzna mógł od niego oczekiwać, a ten rytuał należał do najtrudniejszych i najbardziej skomplikowanych w całym magicznym świecie. Co jeśli będzie musiał zrobić coś, czego nie będzie w stanie się nauczyć?  Godzina spotkania z Tomem zbliżała się nieubłaganie, a Gryfon nie potrafił zająć myśli niczym innym. Skończyło się na tym, że siedział, patrząc na zegar i liczył czas, jaki został mu do śniadania.

***

Kiedy po posiłku Harry szedł do komnat Riddle'a, jedynie wizja rozwścieczonego Lorda sprawiała, że nie biegł teraz do swojego pokoju, by zakopać się w pościeli. Nogi prawie odmawiały mu posłuszeństwa. Kiedy w końcu udało mu się dojść na miejsce, zza drzwi doszedł go krzyk...


No cóż... Nie jest to może wiele (istny fragmencik...), ale żeby nie było, że nic nie robię, mam dla was coś jeszcze!
Uwaga...
.
.
.
.
.
.
.
.
Poddaję waszej opinii prolog mojej książki! Jest to ledwo wstęp do wszystkiego, ale chciałabym poznać waszą opinię na jej temat. ;)


Prolog

Kim jestem? Nie mam pojęcia. Ale wiem, że jeśli sama czegoś nie zrobię, nie dowiem się prawdy. Kim jestem? Kim jestem teraz? No i dlaczego? Dlaczego akurat ja jestem im potrzebna? Czy to nie mógłby być ktoś inny?
To może zacznę od przedstawienia się. Nazywam się Roksana Radowska. Zwykłe imię i zwykłe nazwisko. Nic specjalnego i nic, czego można by się obawiać, prawda? Bo co może być strasznego w nadanej komuś nazwie? No właśnie - nic. Mój wygląd też nie wyróżnia się niczym szczególnym. Mam średniej długości, ciemnobrązowe włosy i prawie czarne oczy. Lubię ich kolor. Jest to na prawdę niezwykle ciemny odcień brązu. Mam też coś, czego nienawidzę w swoim wyglądzie. Są to piegi, których niestety mam dosyć sporo. Nie jestem specjalnie wysoka, choć do niskich też nie należę, ale pomimo, że nie mam nadzwyczajnie długich nóg, to i tak biegam najszybciej w szkole, co zawsze niezmiernie dziwiło moją nauczycielkę wychowania fizycznego.
Na moją cudowną rodzinkę składa się dwóch braci i nasi rodzice. Mama - Anna - jest szczupłą brunetką z intensywnie zielonymi oczami, a tata - Marek - ma krótkie, czarne włosy i brązowe oczy. Jest na prawdę wysoki i nieco przy kości, ale nie ma dużej nadwagi. Oboje muszą mieć zawsze wszystko uporządkowane i dopięte na ostatni guzik, więc często dziwię się jakim cudem ja jestem tak roztrzepana. W dodatku są niezwykle przeczuleni na punkcie mojego bezpieczeństwa. Nie widziałam jeszcze, żeby ktokolwiek odprowadzał swoje dziecko pod same drzwi wejściowe liceum, albo kazał dzwonić co dwie godziny, kiedy wyjdzie się gdzieś ze znajomymi. O dziwo moi bracia mają o wiele więcej swobody. Starszy nazywa się Łukasz i jest teraz na drugim roku studiów prawniczych. Ma czarne włosy do ramion i od sześciu lat nosi okulary w grubych, czarnych oprawkach, za którymi kryją się jego zawsze roześmiane, piwne oczy. Młodszy - Michał - ma przefarbowane na blond włosy i duże oczy, zawsze patrzące na wszystkich z wyższej pozycji, gdyż wzrost odziedziczył po ojcu. Chodzi do pierwszej klasy szkoły zawodowej, gdzie szkoli się na mechanika samochodowego. Świetnie gra na gitarze i zawsze chciał założyć własny zespół, ale niestety nie wszystko poszło tak, jak sobie to wymarzył. Całą czwórkę darzę ogromną miłością i dla nich mogłabym wskoczyć w ogień. Nie wyobrażam sobie, co bym zrobiła, gdyby coś im się stało.
A teraz przejdę do tego, co wydarzyło się jakiś czas temu. Otóż było to cztery dni przed moimi osiemnastymi urodzinami. Miałam świętować je, razem z moją przyjaciółką, Weroniką, na największej imprezie tego roku w naszym mieście - otwarciu nowego klubu w centrum. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem. Po niecałej godzinie podszedł do nas pewien chłopak. Był to wysoki, umięśniony blondyn o oczach identycznych, jak moje. Ubrany był w krwisto czerwoną koszulę, czarną marynarkę i czarne jeansy. Wydawało mi się, że skądś go znałam, ale nie miałam pojęcia skąd. Powiedział, że nazywa się Dominik i chciał, żebym z nim zatańczyła, ale w momencie, w którym dotknęłam jego ręki, moje skronie przeszył nagły impuls bólu, a ja w ułamku sekundy opadłam na podłogę. Wtem rozbrzmiał głos. Znałam go. Byłam pewna, że go znam, chociaż nie mogłam przypisać go do żadnej konkretnej osoby. Wypowiedział jedynie dwa, krótkie słowa: "Przybyli, uciekaj.". Spojrzałam w prawą stronę. Obok mnie klęczał Dominik. Za nim nachylała się nad nami Weronika
- Wszystko w prządku? Jesteś tak pijana, czy to ja tak na ciebie działam? - Zapytał, starając się chyba obrócić to zdarzenie w żart, ale w jego głosie dało się wyczuć, że był zmartwiony. Patrzyłam na nich chwilę, próbując zebrać myśli i złożyć w głowie jakąś względnie składną wypowiedź.
- Co to było? Ten głos... - wydukałam po chwili, nie zważając zupełnie, że przed chwilą upadłam na pokrywające podłogę wzdłuż baru panele. Najwidoczniej zdziwiło ich moje pytanie, bo popatrzyli na mnie, jakby mi co najmniej  wyrosła druga głowa.
- Jaki głos? - Tym razem odezwała się moja przyjaciółka. No jak to jaki? "Przybyli, uciekaj"... Nie możliwe, żebym sobie to wyobraziła! Rozejrzałam się po sali. Wszyscy tańczyli, bawili się i nie wydawali się być niczym specjalnie zdziwieni.
- Jak to jaki? - Przeniosłam wzrok na moich rozmówców. - Nic nie słyszeliście? - Widząc jednak pytające spojrzenie Weroniki, postanowiłam porzucić temat. Wzruszyłam więc tylko ramionami. Dominik podniósł się i podał mi rękę. Tym razem, kiedy go dotknęłam, nic się nie wydarzyło. Straciłam jednak wszelką ochotę na zabawę. Dobry humor opuścił mnie już chyba na dobre.
- Bawcie się razem. Ja wrócę do domu - powiedziałam i pożegnałam się z nimi. Wyszłam z budynku. Na zewnątrz wiał lekki wiatr. Kierując się w stronę ulicy, na której mieszkam, przyglądałam się niebu. Księżyc nie był jeszcze wysoko, jednak widać było już pierwsze gwiazdy. Kiedy byłam młodsza, uwielbiałam siedzieć w nocy na parapecie i obserwować gwiazdozbiory. Tak odległe. tajemnicze i niezmierzone. Doskonale pamiętam, jak gdy nie mogłam zasnąć, podchodziłam do okna, wspinałam się po grzejniku na parapet i patrzyłam w granat nocnej otchłani, a ona uśmiechała się do mnie z daleka i co kilka tygodni machała do mnie którąś z gwiazd.
Idąc przez wyłożony kostką chodnik, pogrążyłam się w myślach o dzieciństwie. O tym, jak w każde wakacje huśtałam się u babci na huśtawce jedząc truskawki, jagody, maliny, porzeczki i wiele innych owoców. O tym, jak zimą jeździłam z mamą na łyżwach. O tym, jak tata zabierał mnie na wycieczki rowerowe. O tym i o wielu innych, beztroskich chwilach, które, jak się później miało okazać, będą najbardziej bolesnymi wspomnieniami. Niestety... Nie da się zmienić tego, co los dla nas przygotował, choćbyśmy nie wiem jak chcieli. To przyjdzie i tak, choć nie zawsze w takiej formie, w jakiej byśmy się spodziewali.
W pewnej chwili, kiedy byłam mniej więcej w połowie drogi do domu, zadzwonił mój telefon. Zatrzymałam się na chwilę, by odszukać go w torebce. Wtem coś za mną poruszyło się, a ja poczułam chłodny dotyk na szyi i osunęłam się w ciemność...


No więc jak już wiecie:
CZYTASZ = KOMENTUJESZ. 

~Uganiająca się za weną Velia zwana Vel

sobota, 3 października 2015

One-shot

Witam serdecznie!
Dzisiaj jestem w dość... nieprzyjemnym nastroju. Moje dokładne uczucia łatwo będzie wyłapać, czytając tekst. Nie ma on sprecyzowanych bohaterów, więc każdy z was może ustalić sobie ich samodzielnie. Pomimo, że pisane jest od strony dwóch osób płci męskiej, można postacie utożsamiać z osobami obu płci. Ja sama bardzo utożsamiałam się z głównym bohaterem, a jestem dziewczyną. Z resztą pisząc to, miałam na myśli dwie dziewczyny i od razu podkreślam, że ostatnie słowa są kwintesencją mojej pracy i mają znaczenie dosłowne, zwłaszcza samo ostatnie słówko. Proszę jednak nie przewijać do końca, bo zepsujecie sobie cały klimat. ;) 

Dedykuję ten one-shot...
Mini, bo jest moją najlepszą przyjaciółką i nie wiem, co bym zrobiła, gdyby jej zabrakło przymnie. Dziękuję, że JESTEŚ. :***

Enjoy! (Dla lepszego klimatu możecie włączyć sobie ten oto utwór: https://www.youtube.com/watch?v=GAsXVoJT5dM 
"Szklanka Wody" - Bajm)


    Patrzę, jak odchodzisz i powstrzymuję łzy. Widzę, jak stawiasz krok za krokiem, jak Twoje ciało oddala się coraz bardziej i mam w głowie tylko jedno - ból. Przypominam sobie nasz początek. Odtwarzam w głowie sceny, które powiedziałyby mi, jak to się stało, że teraz tak cierpię. We wspomnieniach widzę dwie malutkie osoby, które nieśmiało się do siebie uśmiechają. Widzę, jak się razem wygłupiają, jak uparcie brną w to, co przyniesie im kiedyś tyle bólu i ran, tyle rozpaczy... Ale to umyka mi, kiedy przypominam sobie radość - czystą i niczym niezmąconą. Przypominam sobie szczęście oraz poczucie, że jest się jednak komuś na tym świecie potrzebnym. W tej wizji nie ma żadnych obaw, żadnych wątpliwości. Patrzę na rosnące z czasem zaufanie. Tak... Nigdy nie potrafiłem ufać komuś tak bardzo, jak Tobie. Właściwie, to nadal ufam Ci bardziej niż komukolwiek innemu. Dobrze wiem, że gdybyś powiedział mi, że rozbroiłeś bombę, którą trzymasz i podał mi ją, nie obawiałbym się o swoje życie nawet wtedy, gdy podpaliłbyś lont. Na obrazach, które przelatują mi przez umysł, widzę dwóch radosnych chłopców, którzy nie mają przed sobą tajemnic. Doskonale pamiętam, jak opowiedziałeś mi o swojej przeszłości. Mówiłeś o ludziach, którzy Cię krzywdzili, a ja czułem do nich odrazę. Byłem dzieckiem, ale doskonale wiedziałem, że było to dla Ciebie trudne. Przytuliłem Cię wtedy i obiecałem, że nigdy Cię nie opuszczę, że cokolwiek się wydarzy, będę przy Tobie…  
I byłem.



     Potem był okres dojrzewania. To nie było łatwe. Tyle kłótni, tyle razy czułem, że wbijasz we mnie i w moje serce najostrzejsze noże oraz sztylety. Tyle razy czułem rozpacz, tyle łez wylałem, kiedy to się działo, a Ty i tak bezwzględnie deptałeś resztki moich uczuć i raniłeś jeszcze bardziej, jednak ja nadal przy Tobie byłem. Podczas największych kłótni, wciąż byłem i czułem, że wiesz, że możesz mi dalej ufać, że ja ufam Tobie. Potem ten okres minął. Myślałem, że więź, która była między nami, jest nie do zerwania, skoro tyle już przetrwała. Myślałem, że w końcu będzie nasz wyczekiwany, upragniony "happy end".

     I tak właśnie było. Przez jeden, piękny miesiąc było jak we śnie. Dawałeś mi wsparcie i byłeś dla mnie wszystkim, czego potrzebowałem do szczęścia. Dzięki Tobie myślałem, że moje życie ma sens, że jest potrzebne i ma ogromną wartość. Czułem, że muszę żyć, żeby być przy Tobie, że naprawdę jestem kimś ważnym w Twoim życiu.




     Wtedy stało się TO. Jedna wiadomość... Kilka słów... Przesyt cierpienia... Kiedy o tym myślę, wstrzymuję łzy. Czuję, że tracę coś ważnego. Wiem, że moje serce roztrzaskuje się na miliardy kawałeczków, w które Ty, swoimi słowami wbijasz miliardy kolców. Wiem, że to już koniec, że już do mnie nie wrócisz, że między nami nie ma już tej więzi, co wcześniej.

    I znów znalazłem się w realnym świecie. Wspomnienia przepłynęły, ale pozostał ból. Wciąż mam przed oczami Twoją, oddalającą się sylwetkę.
Co zrobiłem nie tak?
Nie wiem.


    Stoję teraz w łazience, przed lustrem i patrzę z odrazą na swoją twarz. Na twarz kogoś, kto nie ma już wartości, kto pozwolił Ci odejść. Czuję, jak narasta we mnie wściekłość, jak rozpływa się po moim ciele i przedostaje z prędkością światła do każdej komórki mojego ciała, wypełnia mnie całego. Aby dać jej upust, unoszę dłoń, która już od jakiegoś czasu jest zaciśnięta w pięść. Nie wiem nawet, kiedy uderzam w szklaną powierzchnię przede mną. Przyglądam się, jak odłamki lustra rozpryskują się po podłodze i umywalce, jak ranią skórę mojej dłoni aż do krwi. Jakimś dziwnym sposobem przynosi mi to ukojenie. W przypływie emocji unoszę jeden z większych kawałków, który mocno rani moje palce i oglądam go dokładnie. Uśmiecham się. 

    Teraz już nie potrafię hamować łez, ale w tym momencie nie ma to dla mnie znaczenia. Przykładam odłamek do nadgarstka i rozcinam go. Robię to delikatnie. Nie chcę, by mnie to zbyt silnie zraniło. Mimo wszystko nie chcę umrzeć. Rubinowe krople spływają wolno po mojej skórze, a ja czuję coraz większą ulgę, coraz większą wolność. Wszystkie myśli odpływają. Widzę tylko krew... Piękny widok! Nie czuję bólu. To, jak mnie zraniłeś, przyćmiewa każde inne cierpienie. Nie da się skrzywdzić mnie bardziej, więc nie mam się czym przejmować. Mogę sobie ulżyć i wiem o tym doskonale. Przykładam dłoń do szyi. Pamiętam, że przez pewne zdarzenie mam niechęć do dotykania mnie po niej, ale w tej chwil to również nie ma znaczenia. Nie czuję tak, jak czułem kiedyś. Moje zmysły są zaćmione. Już nie działają.

    Chyba przeciąłem nadgarstek zbyt mocno, bo zauważam, że stoję w małej, czerwonej kałuży. Szybko przesuwam palcem, aby wyczuć tętnicę. Szukam jej w milczeniu, z delikatnym uśmiechem na twarzy i potokiem łez, spływającym po policzkach. W końcu ją odnajduję. Wyczuwam pod palcem, jak w zawrotnym tempie krew przepływa przez to miejsce. Nie zauważam, w którym momencie, druga ręka szybuje w górę. Nie pamiętam również, kiedy chłodne szkło przebija się przez skórę i kiedy rubinowa fontanna tryska do umywalki.
Nie pamiętam już nic.
Kompletnie nic…



     Uśmiecham się nadal, a łzy spływają jeszcze silniej, niż parę sekund temu. Patrzę na drzwi i widzę, jak otwierają się z trzaskiem. Stoisz w nich Ty. Na Twojej twarzy widzę troskę i strach. O mnie? Tak, właśnie o mnie... Upadam na podłogę, a Ty podbiegasz do mnie i przytulasz moje już prawie martwe ciało. Uśmiecham się tak szeroko i szczerze, jak tylko potrafię. W ten sposób zawsze chciałem umrzeć - w ramionach kogoś, dla kogo moje życie ma znaczenie, kogoś, kogo kocham. Bo to jest miłość. Nie romantyczna, ani braterska, tylko najszczersza, najczystrza miłość do kogoś, kto jest ci najbliższy ze wszystkich ludzi na świecie.
Do przyjaciela.

    I w ostatnich trzech sekundach mojego życia uświadamiam sobie, że to wszystko jest fikcją... Że tak na prawdę leżę teraz sam, w kałuży własnej krwi i umieram, a jedyne, co do mnie czujesz, to nienawiść. Że nie obejmujesz mnie teraz, a cała ta piękna wizja działa się tylko w mojej głowie. Że sobie to wymyśliłem…

    Trzy sekundy przed śmiercią uświadamiam sobie, jak ważne jest, by mieć kogoś bliskiego. By mieć przyjaciela. Nie wielu, którzy tak naprawdę nigdy nie mogli Cię zrozumieć, ale jednego, z którym można dzielić zarówno radość, smutek, jak i wszystkie inne emocje. Bez takiej osoby życie staje się jedynie plątaniną szarych barw, codziennych obowiązków oraz wszechobecnej pustki, której nie wypełni nic. Bez niej jesteśmy tylko zwykłymi mieszkańcami naszej planety, których egzystencja może się bardziej lub mniej przyczynić do zniszczenia warstwy ozonowej, bo aby mieć wartość, trzeba mieć kogoś, kto ja określi. Wtedy dla tej jednej osoby będziemy kimś ważnym… Kimś więcej niż każdy inny człowiek. Dopiero wtedy możemy żyć naprawdę.
Dlatego ja nie mam po co istnieć...

    Zostały już dwie sekundy, a ja zaczynam martwić się o to, co zrobi moja rodzina. Moja mama, która zawsze kochała mnie tak bardzo... bardzo mocno! Tata, który zrobiłby wszystko, żebym tylko był szczęśliwy, żebym był pełen radości i uśmiechu. Pełen przyjemnych wspomnień. Właściwie... Gdzie oni teraz są?
No tak, bawią się u swoich przyjaciół i cieszą życiem, które było dla nich o wiele łaskawsze niż dla mnie.
 

A moja siostrzyczka? Ten mały aniołek, który zawsze myślał o mnie i chciał, żebym nigdy się nie smucił? Ta maleńka istotka, która przychodziła się do mnie przytulić, kiedy się czegoś bała... Co zrobi po mojej śmierci?
Cóż... Wczoraj po raz kolejny się pokłóciliśmy, a więc pewnie aż tak się tym nie przejmie. Może nawet poczuje ulgę, że nie będę już jej pouczał oraz podbierał słodyczy. W końcu teraz na pewno będzie oczkiem w głowie rodziców.


Tak... Nie ma nikogo, kto by się mną martwił… Przecież zawsze byłem dla wszystkich jedynie kłopotem.


    Jedna sekunda. Znów mam przed oczami twoją twarz. Uśmiecham się. Bez Ciebie i tak nie mógłbym żyć naprawdę. Nie martw się - myślę. - Właśnie Cię od siebie uwolniłem. Już nigdy nie zobaczysz mojej znienawidzonej twarzy. Odchodzę, żebyś był szczęśliwy, że nie musisz się już więcej ze mną męczyć.

Mając w głowie tę przyjemną świadomość, że może dzięki temu będziesz szczęśliwszy, dławię się krwią…

Umarłem.




Została tylko ostatnia myśl - Kocham Cię... Mój przyjacielu.

CD... nie nastąpi.

No więc mam nadzieję, że wczuliście się chociaż trochę w ten klimat i liczę, że udało mi się w was obudzić jakieś uczucia. Pamiętajcie, o swoich przyjaciołach i szanujcie ich, bo czasem wystarczy chwila, a możecie stracić ich już na zawsze. Historia jest nieco niedopracowana, ponieważ w napływie emocji ciężko jest pisać składnie i dokładnie opisywać, ale przynajmniej przekazałam wam moje emocje (mam nadzieję) i opublikowałam coś w końcu. ;) A na rozdział Drarry poczekacie, aż 6 różnych osób nie skomentuje tego postu. 

Do miłego ;*
~Velia zwana Vel

środa, 23 września 2015

Rozdział 9

No hej!
Jak widzicie wrzuciłam rozdział 9! (Oczywiście jak zwykle z opóźnieniem, ale nauka niestety jest dla mnie ważniejsza) Są komentarze = jest nowy rozdział. Postarajcie się więc i tym razem, bo to na prawdę motywuje i po prostu chcę wiedzieć, że ktoś tu bywa. No bo skąd miałabym to wiedzieć? Jak nie ma waszego komentarza, to nie wiem, że któreś z was to przeczytało. Tak więc spinać pośladki i pisać komentarze! Ja czekam... ;)

Ach, no i jeszcze jedna BARDZO ważna wiadomość:
Moje okropne błędy ortograficzne poprawił nikt inny, jak mój prywatny słowniczek ortograficzny, czyli wasza (i moja) Minia! Nie wróciła może do pisania, ale na ortografii zna się jak nikt. 

Tym razem dedykacja trafia do kogoś, kto skomentował moje opowiadanie po raz pierwszy, ale komentarz tej osoby wywołała na mojej twarzy ogrooooomniasty uśmiech.
Klaudiu, dziękuję za tak miłe słowa. :D

Zapraszam do czytania! ^^

- Za TRZY dni?!

"Nie... Przecież ja nie zdążę się... Umm... Przygotować! Nie, nie zgadzam się! To jest nierealne! Musiałbym całe te dni poświęcić na pracę! Ha! Jeszcze by nie wystarczyło! Przecież mieliśmy to zrobić dopiero... Ech, mam dość!"

Harry miał ochotę wykrzyczeć mu to w twarz, a potem wyjść z pokoju. Był wściekły, że mężczyzna powiedział mu o tym dopiero teraz. Bał się. Nie chciał nic przyspieszać. Najlepiej, gdyby odsunąć datę jeszcze bardziej, niż pierwotnie było zakładane.
- Dobrze, zgadzam się. - powiedział jednak. Bo ponad wszystko to, bał się tego, że w złości Riddle zmusi go siłą i to nie za trzy dni, tylko nawet teraz. Nadal mu nie ufał i nie chciał się niepotrzebnie narażać. W końcu jego rodzice zginęli z ręki właśnie tego człowieka. Nie miał jeszcze ochoty pójść w ich ślady.
- A więc, mój Harry - zaczął mężczyzna głosem, w którym wyraźnie dało się wyczuć satysfakcję - musimy zacząć przygotowania. Nie mamy niestety czasu na podstawy. Będę wymagał od ciebie pełnego skupienia i zaangażowania.
- Um...
- No i jeszcze jedna ważna rzecz. W każdej sytuacji, cokolwiek powiem, żebyś zrobił, nawet jeśli wyda ci się to niewłaściwe, zbędne lub głupie, masz wykonać polecenie. KAŻDE, bez wyjątku! Rozumiesz to?
Harry chwilę wpatrywał się w Voldemorta, po czym skinął głową na znak, że rozumie. Ślizgon natychmiast zrobił krok w tył.
- Możesz na razie wrócić do siebie, jednak chcę widzieć cię u mnie tuż po śniadaniu.
Harry wstał powoli z fotela, odpowiadając, że rozumie i zrobił kilka kroków w stronę drzwi. Nagle przypomniał sobie o Draco. Snape nie powiedział mu nic konkretnego, a Voldemort na pewno wiedział najlepiej ze wszystkich, co mu się stało. W sumie, to nic nie straci, pytając. Najwyżej Tom mu nie odpowie. Już miał zadać pytanie, kiedy do głowy wpadła mu jeszcze jedna myśl - co będzie, jeśli Riddle pomyśli, że martwi się o Malfoya?

"Będzie miał rację"

Odpowiedział mu głos Syriusza.

"Czy nie tak? Nie chcesz, żeby coś mu się stało. Masz nadzieję, że nic poważnego mu się nie stało i szybko wróci ze szpitala."

Harry stał sztywno, słuchając tego, czemu tak bardzo próbował zaprzeczyć.

"Wróci do CIEBIE."

I choć chłopak próbował temu zaprzeczyć, w głowie miał pustkę.
Wiedział, że ojciec chrzestny miał rację, ale nie umiał się do tego wprost przyznać. Szybko otrząsnął się i odwrócił spowrotem do czarnoksiężnika. Ten patrzył na niego z uniesioną pytająco brwią. Zebrał więc całą odwagę, na jaką było go stać i odezwał się.
- Co się stało Dra... Malfoy'owi? Słyszałem, że trafił do szpitalnej części posiadłości.
Voldemort nie wydawał się być zdziwiony tym pytaniem. Bez większego namysłu odpowiedział mu krótko:
- Draco został zaatakowany jakiś czas temu. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero teraz, przez co jego stan jest teraz nieco poważniejszy, niż byłby, gdybyśmy zrobili coś wcześniej. Coś jeszcze?
Harry nie mógł się powstrzymać.
- A kiedy wyjdzie i wróci do mnie?
Natychmiast po tym, jak zadał pytanie, zaczerwienił się aż po końcówki włosów i odwrócił głowę, aby mężczyzna tego nie zauważył, ale zrobił to zbyt późno. Marvolo jednak nie skomentował tego, jak przypuszczał nastolatek, tylko puścił to w niepamięć (a przynajmniej na to wyglądało).
- Za cztery, może pięć dni. A teraz idź położyć się już, bo musisz być jutro wyspany. - To usłyszawszy, Potter udał się do pokoju. Wymamrotał jeszcze dwa słowa na pożegnanie i pobiegł na korytarz. Musiał porządnie przemyśleć to, czego się dzisiaj dowiedział. Jakiś mroczny gościu chce dobrać mu się do umysłu, Riddle chce za trzy dni wykonać z nim piekielnie trudny rytułał, a Draco ktoś zaatakował, czego skutek jest dość poważny. Syriusz też zachowuje się dość dziwnie, nawet jak na niego. Coś tu widocznie jest na rzeczy, a on MUSI dowiedzieć się co. W końcu jest Harry'm Potter'em, prawda?
***
Stał w jakimś ciemnym, chłodnym pomieszczeniu. Nie miał pojęcia skąd, ale wiedział, że jest to miejsce w posiadłości Voldemorta. Spojrzał na ścianę na przeciw  niego, jednak od razu tego pożałował. Zobaczył tam młodego chłopaka, przykutego łańcuchami do kamiennej ściany. Widok ten nie byłby jednak tak straszny, gdyby nie to, że był on zupełnie nagi. Z kilku miejsc na jego ciele spływała krew. Tuż pod nim, na posadzce leżał całkowicie zachlapany czerwoną substancją sztylet.
Nagle za Harry'm coś skrzypnęło, a do pomieszczenia weszła zakapturzona postać. Nie widział jej twarzy, ale i tak mógłby przysiąc, że był to czarnowłosy, lekko siwiejący mężczyzna z długą, już kompletnie zasklepioną blizną, ciągnącą się od lewego ucha, przez wargi i szyję, aż do prawego ramienia. Taki obraz podsuwał mu umysł, jednak Harry nie miał nawet jednej myśli, która mówiłaby mu, że się myli. Po prostu to wiedział.
Postać zbliżyła się do wiszącego chłopca i uśmiechnęła się do niego. Nie był to jednak miły, przyjacielski, pocieszający czy współczujący uśmiech. Było to napawające grozą i przerażeniem wykrzywienie warg. Coś jednak mówiło Potter'owi, że akurat jemu nic nie grozi, że to nie jego chce skrzywdzić mężczyzna, tylko tego, jasnowłosego chłopca, który teraz z zamkniętymi oczami drżał ze strachu, zaciskając dłonie w piąstki. Wybraniec patrzył, jak postać wyjmuje nóż i przysuwa go do policzka więźnia. Widział dokładnie, jak ostrze rozcina skórę na bladej twarzy, a rubinowe krople powoli, niespiesznie spływają najpierw po stali, potem po trzonku narzędzia, aż w końcu docierają do palców mężczyzny, gdzie zatrzymują się przez chwilę, by następnie przemknąć po nich aż do nadgarstka. Wtem czarodziej odwrócił twarz ku niemu i zcisnął nóż mocniej. Harry poczuł, jak sam zaciska dłoń i czuje w niej coś ciepłego. Spojrzał na nią ze zdziwieniem. Wciągnął ze świstem powietrze... Na ręce był czerwony, jescze ciepły płyn. Znów skierował wzrok przed siebie, ale z przerażeniem stwierdził, że postać zniknęła i to ON stoi teraz tuż przed wiszącym chłopakiem, trzymając w zakrwawionej ręce nóż, którym jeszcze przed paroma sekundami nieznajomy ranił blondyna. Obrzucił spojrzeniem twarz więźnia. Patrzył przez chwilę w (jak się okazało) piwne oczy młodzieńca, kiedy nagle poczuł wypełniającą go wściekłość. Nie wiedział, skąd się wzięła, jednak całkowicie przejęła nad nim kontrolę. Zapragnął pozostawić po sobie ślad na tym rozdygotanym, nagim ciele, tak idealnie dla niego przygotowanym. Przyłożył ostrze do jego piersi i zatopił je w miejscu tuż pod mostkiem, czego skutkiem był krótki jęk chłopaka. Usłyszawszy go, Harry szybkim ruchem przeciągnął narzędzie w dół, aż do pępka, tworząc płytką ranę, za co został nagrodzony ochrypłym wrzaskiem. Pomieszczenie przeszył krótki, opętańczy śmiech gryfona. Patrząc na przymknięte z bólu powieki, zaczął robić krótkie, płytkie cięcia. Obserwował wręcz z szaleństwem wypisanym na twarzy, jak z ran powoli sączy się rubinowa ciecz. Jak spływa, tworząc zawiłe linie i rozmaite wzory, jak maluje swoimi ścieżkami piękny, makabryczny obraz. Przyglądał się temu, cudownemu zjawisku, wycinając coraz to nowsze linie. Zafascynowany niesamowitym uczuciem, jakie nim zawładnęło, zatracał się coraz bardziej i bardziej, zdobiąc każdy fragmentów ciała, który napotkał na swojej drodze. Nie słyszał ani wrzasków, ani błagań więźnia. Teraz znajdował się w innym świecie. Był kompletnie i bez reszty oddany tej jakże pięknej sztuce. Po pewnym czasie stwierdził z niezadowoleniem, iż zabrakło mu miejsca na całej dostępnej powierzchni klatki piersiowej i brzucha. Przeniósł się więc niżej, upiększając swą techniką uda chłopaka, który łkał teraz i krzyczał pozdzieranym głosem, błagając coraz bardziej rozpaczliwie i z coraz większą determinacją by przerwać swoje cierpienie. Harry jednak zupełnie nie zwracał na to uwagi. Wodził ostrzem po ciele blondyna, nacinając je lekko, by po chwili pogłębić rany w kilku miejscach. Nie minęło wiele czasu, a zmusił się do oderwania od tej zajmującej czynności i spojrzał na gotowe dzieło. Nie zobaczył jednak zawiłych wzorów z powstałych nacięć i krętych ścieżek spływającej strumieniami krwi. Na klatce piersiowej i udach widniał ogromny obraz, przedstawiający przebite sztyletem skrzydła. Po tysiącach bordowych piór spływała jaśniejszy, intensywnie czerwony płyn. Przerażony cofnął się o kilka kroków. Przykuty chłopak już nie krzyczał w agonii. Teraz na jego twarzy widoczny był szaleńczy uśmiech, który przyprawiał Pottera o nieprzyjemne dreszcze. Spojrzał na ściskającą nóż dłoń. Po palcach spływała wolno krew.

***

Harry obudził się z przyspieszonym oddechem.

"Co się stało? To był sen? Tak... Na pewno. W końcu nie zrobiłbym czegoś takiego w prawdziwym życiu, prawda? Nie mógłbym... Nie, na pewno nie..."

Spojrzał na prawą rękę, a źrenice rozszerzyły mu się na ten widok. Ręka była...

CDN...

Tak, wiem że zabijecie mnie za skończenie w TAKIM momencie, ale muszę, żebyście bardziej chcieli nowy rozdział! ;) No i znacie mnie, lubię zostawiać w czytelnikach tą niepewność. Ale czy nie za to mnie kochacie? Mam nadzieję, że moja amatorska scena tortur nie była aż taka słaba, ale tak czy siak proszę o wyrozumiałość. Dopiero się uczę, a ten sen był niezwykle ważny. Mam nadzieję, że zaskoczę was tym, co wykombinowałam, ale tego dowiecie się dopiero za jakiś czas. A gorący romans Pottiego i Draco dopiero przed nami. ;)

Pozdrawiam
~Dobrze już wam znana Velia

!!! ZOSTAW KOMENTARZ, PRZYSŁUŻ SIĘ LUDZKOŚCI !!!

sobota, 5 września 2015

Rozdział 8

Hej, hej! Witam was bardzo gorąco. Jak widzicie - rozdział 8. właśnie się pojawił. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, zanim za twa/trzy tygodnie pojawi się kolejny, chcę widzieć pod tym postem co najmniej 6 komentarzy. Nie dziwcie mi się. Jak nie widzę komentarzy, to nie wiem nawet ile osób to czyta. :( Jednak mam nadzieję, że chęć czytania nowych rozdziałów zmotywuje was do pozostawienia po sobie śladu. :) 

Dedykacja trafia do:
Azuli Galuby!
Nie muszę chyba mówić dlaczego, prawda? ;*

Następny dzień Harry spędził na unikaniu swojego współlokatora. Trening z wampirem minął mu w zastraszająco szybkim tempie. Poznał też pierwsze czarnomagiczne zaklęcie obronne. No... Co prawda nie było to coś, za co jakikolwiek auror mógłby mu coś zrobić, ale sam fakt, iż nie była to już wyłącznie biała magia, był dla niego ekscytujący. Syriusz odezwał się tylko raz, tuż przed jego ostatnią lekcją oklumencji z Remusem. To przypomniało mu, że miał zapytać wilkołaka o swojego ojca chrzestnego. Niestety mężczyzna nie chciał o tym rozmawiać i kiedy Potter próbował wracać do tematu, bez ostrzeżenia rzucał zaklęcie penetracji umysłu. Tak więc po kilku nieudanych próbach Harry odpuścił sobie.

Kolejny dzień przyszedł zdecydowanie zbyt wcześnie. Tym razem trening był nieco trudniejszy, ponieważ (prawie były) gryfon musiał połączyć kilka technik w jednym ruchu. Nigdy wcześniej nie słyszał o łączeniu zaklęć werbalnych i niewerbalnych, zwłaszcza, że te drugie nie szły mu nigdy jakoś specjalnie. Choć przyznać trzeba, że dzięki Teels'owi było już o wiele lepiej, niż wcześniej. Okazało się jednak, że jego umiejętności są jeszcze niewystarczające, więc połowę treningu spędził na rzucaniu niewerbalnych zaklęć obronnych. Miał nadzieję, że szybko przejdą do czarów, którymi mógłby atakować, ale nie mógł narzekać na nudę.

Trening jednak nie trwał wiecznie. Po chwili wytchnienia i obiedzie przyszedł czas na coś, czego młody czarodziej bał się bardziej, niż Ron Weasley pająków - lekcja z Draco. Nie miał pojęcia, jak ma się zachowywać w stosunku do niego. Nie ukrywał, że wolałby, gdyby to Lupin był dalej jego nauczycielem, ale mężczyzna nie miał ostatnio na nic czasu. Nie jeden raz pytał, czy nie chciałby wpaść do niego do pokoju i porozmawiać, pośmiać się, ale ten zawsze odmawiał z powodu nowych misji. Martwił się trochę o przyjaciela, ale miał aktualnie tyle własnych problemów, że Remus schodził gdzieś na drugi, albo nawet trzeci plan. Próbował też rozmowy z Marvolo, ale czarnoksiężnik był święcie przekonany, że te lekcje sprawią, że on i Draco lepiej się zintegrują, bo będą zmuszeni spędzać razem więcej czasu.

Teraz Harry siedział na fotelu w pokoju i czekał na spóźniającego się o prawie dziesięć minut ślizgona. Zastanawiał się co takiego musiało się wydarzyć, że chłopak nie przyszedł na czas. Blondyn zwykle przychodził wszędzie jeszcze przed czasem i często komentował głośno, kiedy Harry (lub któreś z jego przyjaciół) spóźnił się. Kiedy doszło do piętnastu minut, Potter zaczął się niecierpliwić i denerwować, ale kiedy po kolejnych pięciu minutach Malfoy się nie zjawił, był już poważnie zmartwiony.

"A jeśli coś mu się stało? Jeśli ktoś z Zakony Feniksa go porwał albo jakoś poważnie uszkodził? A może Voldemort wkurzył się na niego o coś i..."

Nagle drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem i wyrwały Harry'ego z zamyślenia. Odetchnął z ulgą, że chłopakowi nic nie jest, ale w tym samym momencie cała wściekłość wróciła. Natychmiast zerwał się z fotela i zaczął wrzeszczeć w stronę drzwi:
- Co ty sobie wyobrażasz na Merlina?! Spóźniłeś się dwadzieścia minut i nie raczyłeś mnie o tym powiadomić, a ja przez cały ten czas siedziałem i czekałem, zachodząc w głowę co takiego mogło się wydarzyć, że jeszcze cię nie ma! I co, bawi cię to?! A może zrobiłeś to specjalnie, żeby mieć się z czego potem nabijać?!
- Potter! - przerwał mu głos, którego zupełnie nie spodziewał się usłyszeć. Głos Snape'a. - Potter, uspokój się. Dzisiejsze zajęcia zostały odwołane, ponieważ Draco trafił do szpitalnej części kwater Czarnego Pana. - powiedział Severus, wchodząc do pokoju.
- Co?! - chopak był w szoku. Chodziło o to, co widział ostatnio, po powrocie do pokoju? Wtedy, kiedy Syriusz powiedział mu, co ma zrobić, żeby mu pomóc? - Co się stało?
- Za kilka dni młody Malfoy wróci do pokoju. Wtedy, jeżeli oczywiście wyrazi taką chęć, powie to panu, panie Potter sam. Ja nie zostałem upoważniony do powiedzenia komukolwiek o jego stanie zdrowia.

"No pięknie, teraz już nie mam szans dowiedzieć się, o co chodzi..."

- Więc przyszedł pan powiedzieć mi o tym?
Chłopak miał nadzieję, że mężczyzna nie powie mu, że to on przez ten czas będzie prowadził jego lekcje. Ech... Spadłby z deszczy pod rynnę... Już wolał Draco.
- Nie. Nasz pan chciałby się z tobą zobaczyć. Kazał przekazać, abyś stawił się u niego najszybciej, jak możesz. Ufam, że pamiętasz jeszcze drogę?
- Tak... Yyy... A po co mnie wzywa? Wie pan może?
- Nie mogę o niczym mówić. Pan przekaże ci to, co powinieneś wiedzieć. To dosyć... Pilna sprawa.
- Um... Dobrze, dziękuję za wiadomość.
- Do widzenia, Potter - powiedział Severus, po czym skierował się w stronę swoich komnat.
- Do widzenia - odpowiedział Harry i szybkim krokiem zaczął zmierzać ku pokojom Voldemorta.

***

Idąc do komnat Riddle'a, Harry zastanawiał się, co go znów czeka.

"Pewnie znowu coś, co mi się niezbyt spodoba..."
"Skąd wiesz? A może akurat będzie to coś dobrego? Taka miła odmiana. Może chce cię zabrać do wesołego miasteczka?"

Syriusz znów włączył się do wewnętrznej konwersacji Pottera z samym sobą. Chłopiec od razu odpowiedział mu ironicznie.

"Tak, na pewno chce mnie poczęstować świeżo upieczonymi pączkami z różowym lukrem. Może jeszcze otworzy mi drzwi w błękitnym fartuszku z napisem "Pocałuj kucharza"?"

W głowie chłopca rozległ się głośny śmiech Blacka.

"Wtedy musiałbyś pocałować skrzata, który te pączki upiekł. Nigdy nie słyszałem, żeby on coś ugotował, albo upiekł."

Harry mimowolnie wrócił myślami do nieco innego pocałunku. Pocałunku, który odbył się w łazience.

"Draco miał na prawdę genialne usta. Takie miękkie... Mmm..."

Usłyszał.

"Och, zamknij się już!"
"Jak tam sobie chcesz..."

Po chwili doszedł do pokoju Marvolo. Zapukał. kiedy rozległ się głos Voldemorta, mówiący "Wejdź", nie wahając się ani przez chwilę nacisnął klamkę. Znów był w tym salonie, w którym poznał wampira. Gospodarz siedział na kanapie, patrząc na niego.
- Witaj, mój Harry. - Tom wskazał jeden z foteli. - Usiądź, proszę.
- Um... Cześć. - odparł, zajmując wskazane miejsce. Przez chwilę siedzieli w ciszy, patrząc jedynie na siebie. Pierwszy odezwał się Riddle.
- Harry, wezwałem cię do siebie, ponieważ niedawno z Azkabanu udało się uciec pewnej bardzo groźnej osobie. Mowa tu o Raphaelu Swann. Słyszałeś może o nim?
- Nie...
- A więc musisz wiedzieć, że jest to bardzo niebezpieczny czarnoksiężnik, który włada niezwykle rozwiniętą magią umysłu. Potrafi kontrolować umysł ofiary, zmuszając ją do wykonywania swoich poleceń samą tą magią. Nie używa zaklęć do tego, więc aurorzy nie mogą stwierdzić, kiedy stosuje swoje sztuczki. To samo tyczy się moich ludzi i mnie. Oczywiście może przez umysł zrobić bardzo wiele szkód. Potrafi wkradać się do snów i myśli. Na ten rodzaj magii nie działa oklumencja, więc nawet najdoskonalszy oklumenta nie może się tą metodą obronić.
- A więc jak udało się wpakować go do Azkabanu?
- Widzisz... Raphael ma jedną słabość - nie potrafi żadnych innych technik. Nigdy nie potrzebował ich, ponieważ magią umysłu potrafił sprawić, że nikt nie mógł się nawet do niego zbliżyć. Jest jednak coś, co pozwala pokonać jego atak.
- Co?
- Pamiętasz o rytuale, który chcę z tobą przeprowadzić?
Harry kiwnął głową.
- No więc dzięki niemu można porozumiewać się z drugą osobą w myślach. To jest właśnie coś, czym da się odeprzeć magię umysłu. Dzięki temu rytuałowi udało się go schwytać ostatnim razem, więc myślę, że jest to dla nas idealna ochrona, Harry. Musimy tylko wykonać go szybciej. Dzięki temu będziemy bezpieczni wcześniej i będą mniejsze szanse na to, że zaatakuje któregoś z nas zanim dojdzie do połączenia. Jednak zam akt jest bolesny i trudny. Powinieneś najpierw przygotować się do niego odpowiednio. Nie mamy jednak zbyt wiele czasu.
Harry siedział jak skamieniały i patrzył na Riddle'a. W pewnym momencie odezwał się niepewnie.
- Więc... Kiedy?
Voldemort bardzo powoli wstał i nie odrywając wzroku od oczu Pottera, podszedł do niego, po czym pochylił się i prawie szeptem powiedział:
- Za trzy dni.

CDN...

Nie jest bardzo długi, ale następny będzie lepszy. Obiecuję! :D Acha, jeszcze jedno, a mianowicie:
Jeśli chcecie być mailowo powiadamiani, to proszę się wpisać na listę mailową w takim białym okienku po prawej stronie ekranu. Zobaczycie je, kiedy przewiniecie sobie w górę. :) 
Jeszcze raz podaję kontakt do mnie:
GG - 53887341
e-mail - VeliMinia15@gmail.com

Teraz żegnam się z wami! Do następnego rozdziału!
~Wasza oddana Velia

sobota, 22 sierpnia 2015

One-shot! Oto coś zabawnego dla was w te wakacje!

Hej!
Witam was, moi kochani czytelnicy! Jak widzicie - jestem tutaj i NIE utopiłam się w morzu. :) Myślę, że kolejny rozdział pojawi się 1 września, tak na dobry początek roku szkolnego. Myślicie, że to dobry pomysł? (Wiem, wiem... Wy chcielibyście na pewno wcześniej, prawda? =D) 
A dzisiaj mam dla was coś specjalnego - WAKACYJNY ONE-SHOT VEL! Cieszycie się?? ;) No ja mam nadzieję!

Zapraszam do czytania! :)

Tym razem dedykacja trafia do
TUM
TURU
DUUUUM!
Nikogo! Nie... Nie dlatego, że nie mam jej komu dać. Ale pomyślałam, że raz nie dam nikomu. Może to zachęci was do komentowania (*zaciska kciuki* Oby, oby...), ale następną dedykację dam osobie, która napisze komentarz, który będzie dla mnie najbardziej interesujący. ;)

Harry siedział właśnie w barze, kiedy podeszła do niego zakapturzona postać i usiadła po drugiej stronie stolika. Spojrzała na Potter'a. po czym wyciągnęła różdżkę. Chłopak siedział, jak gdyby ktoś go spetryfikował i śledził uważnie każdy ruch postaci. Gdy jego wzrok spoczął na różdżce, wyraźnie się spiął, jednak nie wykonał żadnego ruchu, by się obronić lub uciec. Postać machnęła magicznym patykiem, a wokół nich zaczęła tworzyć się niewidzialna bariera. Po chwili schowała różdżkę i zrzuciła kaptur. Oczom gryfona ukazała się twarz jego największego wroga - Lorda Voldemorta.
- No... Ładnie to tak się spóźniać, przerośnięty jaszczurze? - zapytał chłopiec, dalej dziwnie spięty.
- Jeśli uważasz, że jeszcze raz pojadę mugolskim metrem, to jesteś bardziej szalony niż Bellatrix! - warknął Riddle.
- Oj, nie denerwuj się tak. Poczekaj, zamówię ci drinka. - rzucił Harry, po czym odszedł w stronę barmana, by po chwili wrócić z dwoma drinkami.
- Co to jest?! - wrzasnął mężczyzna, kiedy zobaczył napój, który postawił przed nim towarzysz.
- Mohito. - odparł krótko Potter.
- Dlaczego ZNOWU wziąłeś mi to samo??
- Nie wiem.
- Ech... Nie ważne...

7 drinków i 2 piwa później...

- Aa-A pamiętasz, jakie mieli miny ci... Ci z Ministerstwa, kiedy się po... połacwo... pocawołaliśmy.... Yy, nie... Połocawali... Pocałowaliśmy... O, tak! Właśnie to zro-obiliśmy na ich ocza-ach? - spytał pijany Potter.
- Taaak... A ty, jak usatiliś... us-ta-li-siś... US-TA-LI-LIŚMY (!), że powiesz wszystkim, że... Że miałeś być w Silytrynie? Yyy... Sliretiiiiii... O, już wie-em! Slitherinie?
- Pewnie! Albusek mało z krzesła nie zle-eciał! To było coś!
Oboje zaczęli się śmiać. 
- Albo jak zacząłem ci mówić Lordziiik!
- Taa... Chciałem cię za to za-abić.
- Dobrze, że się w końcu po-owstrzy-ymałeś. - nagle chłopak parsknął śmiechem. - Wiesz, że Lordzik brzmi jak lodzik?
Marvolo zgromił go wzrokiem.
- Nawet się nie waż mówić tak do mnie!
- Och... Już widzę na... nasze kolejne powi-itanieee... Cześć lo-odzikuuuu! - zielonooki próbował powiedzieć to słodkim głosikiem, jednak przez promile w jego krwi, nie wyszło to najlepiej. Voldemort jednak wyglądał mimo wszystko na wielce poruszonego. wstał z krzesła, wrzeszcząc na całe gardło, że nie jest lodem, jednak natychmiast, kiedy stanął na nogach, zachwiał się i machając rękami, wywalił na podłogę. Potter oczywiście zaczął się z tego śmiać. Jednak, kiedy chciał pomóc partnerowi się podnieść, nie wyszło dokładnie tak, jak chciał. Otóż sam również wylądował na tyłku. Przyczołgał się do Riddle'a, gdy ten śmiał się w najlepsze i przerwał mu tę jakże ważną czynność pocałunkiem. Po chwili zarejestrował tylko, że jakby bardziej kręci mu się w głowie, a potem coś miękkiego pod sobą i gdy tylko pocałunek został przerwany, zasnął...

Następnego dnia...

- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa...! - nagły wrzask Harry'ego (który właśnie zorientował się, że  właśnie leży w obcym pokoju w różowej pościeli), został dość szybko przerwany pacnięciem po głowie fioletową poduszką w różowe różyczki.
- Ciiiichoo... - zawył żałośnie Riddle. Niektórzy tu mają kaca...
- Gdzie ja jestem? - zapytał tym razem w miarę cicho "Wybraniec".
- Nie wiem, ale śpijże jeszcze. Nie wiesz, że nie wolno budzić ludzi na kacu w środku nocy?
- W środku no... Tempus. - Harry cieszył się w tym momencie, że nauczył się magii bezróżdżkowej. - Co?! - krzyknął, kiedy zobaczył godzinę. - Jak to piąta?
- Widzisz?? Idź spać.
- Tak, jest piąta, ale po południu, a nie rano.
- Co?! - tym razem, to Tom krzyknął.
- To było bardzo elokwentne.
- Zamknij się i przynieś mi eliksir na kaca!
- Tak jest! 

Harry deportował się do Czarnego Dworu, po czym wrócił do Voldemorta z eliksirem. Ten, kiedy go wypił, odzyskał nagle świadomość, gdzie się właśnie znajdują.
- Pytałeś, gdzie jesteś? - spojrzał na niego dziwnie. - W sypialni mojej matki.
- Ja... Jak to? N-na pewno?
- Tak.
- A... Ale nie pomyliłeś się?
- Nie.
- Na 100%?
- Tak.
- To dlaczego w drzwiach stoi mój kuzyn Dudley???
Riddle natychmiast odwrócił się i zobaczył przyglądającego się im, grubego chłopca.
- O, Merlinie... 
- To prawda, Lodziku... O, Merlinie. - Powiedział Harry i deportował się w strachu o swój tyłek.

Mam nadzieję, że ten króciutki shocik się wam podobał i proszę o pozostawienie opinii w komentarzach oraz wpisanie swojego maila w to śliczne, białe okienko na górze strony. Wtedy zostaniecie powiadomieni o każdym następnym rozdziale na tym blogu właśnie przez e-mail. Do 1 września! 
~ Wasza kochana "Velia"
PS. Zapraszam na GG - 53887341

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 7

Bum!
Tak, dobrze widzicie!
Jest nowy rozdział!
No, niestety trzeba było na niego na prawdę długo czekać, ale sądzę, że się opłacało. Teraz jednak jestem pewna, że część z was (i to całkiem duża) przestała tu zaglądać. Mam jednak nadzieję, że wkrótce się to poprawi i starzy czytelnicy wrócą do mnie. 

Tym razem dedykacja trafia do...
Azuli Galuby
Kiedy przeczytałam twój komentarz pod ostatnim postem wiedziałam, że następna dedykacja będzie twoja. :*

Rozdział 7

- Witaj, Harry.
- Witaj, Syriuszu. - powiedział chłopiec i ponownie uścisnął chrzestnego.
- Dlaczego... Dlaczego ty... - Potter przerwał, ponieważ bał się zapytać o motywy ojca chrzestnego. A właściwie to nie bał się zadać pytania, tylko odpowiedzi, której mężczyzna by mu udzielił.
- Chcesz wiedzieć, dlaczego "zadomowiłem" się w twojej głowie, prawda?
- Tak.
- Sam mnie wpuściłeś. Ale to dłu...
-Ale nie tylko to.
- Hmm?
- To też oczywiście, ale... Ciekawi mnie również czemu mówiłeś... Ty... Chciałeś, żebym pomógł Malfoy'owi i... I nie był zły na niego i na... Reimona. Nie rozumiem tego. Przecież zawsze gardziłeś wszystkimi, którzy uznają czystość krwi za coś... No... Coś bardzo, bardzo ważnego. A Malfoy'ami zwłaszcza! Nie mogę pojąć, dlaczego tak bardzo zmieniłeś swoje poglądy. 
- Tego akurat nie mogę ci teraz zdradzić. Dowiesz się, ale... W swoim czasie. Jeszcze jest na to zbyt wcześnie. W tym momencie najważniejsze, żebyś mi zaufał, Harry.

- Ufam. - powiedział i chciał dodać jeszcze, że go kocha, ale nie miał na to szansy, ponieważ świat w okół niego zapadł się w ciemność.

"Musisz mi zaufać... Zaufać... Zaufać..."

Słowa Syriusza odbijały się echem w głowie Harry'ego. Dlaczego jego życie musiało być tak cholernie pokręcone? Chłopak siedział właśnie w pokoju, czekając na Remusa, który miał przeprowadzić z nim lekcję oklumencji. Bał się jej. Nie chciał, żeby Lunatyk zobaczył wspomnienia z ostatnich kilku dni. Przez pewne okoliczności, przez cały okres czasu, jaki tu spędził, miał tylko jedną lekcję tej sztuki. Chociaż... On przecież znał Syriego najlepiej za wszystkich dostępnych mu osób. Może wiedział, o co mogło mu chodzić. Ale wolał jednak nie ryzykować i za wszelką cenę nie dopuścić wilkołaka do tych części jego umysłu. Potok jego myśli przerwało pukanie do drzwi. Po krótkim "Proszę", Harry zobaczył w drzwiach swojego (w tym momencie już) nauczyciela. Uśmiechnął się do niego ciepło.
- Cześć, Remusie. - przywitał się miłym głosem.
- Cześć, jak się masz, Harry? - zapytał wesoło Lupin.
- Całkiem dobrze. Szybko przyzwyczaiłem się do zmiany stron, chociaż przez pierwsze trzy dni sprawiało mi to prawdziwy dyskomfort, to potem było już coraz lepiej. - odparł szczerze młody, po czym nie czekając na odpowiedź, wyciągnął różdżkę i dodał - Zaczynamy?
- Tak.
Remus również wyciągnął swoją i kazał Harry'emu się przygotować.
- Raz... Dwa... Legilimens!

I ciąg wspomnień pojawił się w umyśle Pottera.
Jak mając pięć lat budzi się w komórce pod schodami po koszmarze.
Jak siedzi na placu szkolnym, a chłopcy z jego klasy rzucają w niego kulkami z papieru.
Jak stara się uciec przed akromantulami razem z Ronem.

Remus zwolnił zaklęcie i wyszedł ze wspomnień.
- Nie starasz się. Nawet nie próbujesz mnie powstrzymać. Jeszcze raz, uwaga... Legilimens!

Jak ucieka z domu Dursleyów.
Jak siedzi na lekcji zaklęć.
Jak Voldemort tłumaczy mu prawdę o nich obu.
Jak całuje się z Cho, a potem...

Harry'emu udało się wyrwać ze wspomnienia.
- No, już lepiej. Ale nie czekaj na... nieodpowiednie wspomnienie. Każde z nich może w rękach stać się bronią.
- Um, dobrze. Jeszcze raz?
- Raz... Dwa... Legilimens!

Jak śmieje się z Ronem i Hermioną.
Jak wchodzi razem z Reimonem do pokoju wampira i...

"NIEEE!"

Po chwili znowu byli w pokoju Harry'ego. Chłopak leżał na ziemi i dyszał. Kiedy uspokoił już oddech, wstał.
- Harry, co robiłeś w jego komnatach? To... nie jest dobry pomysł, żeby wchodzić z nim w jakieś... Hmm... głębsze znajomości.
- Ja... To było przez... przypadek. Nie wiedziałem, że zatrzymałem się pod jego pokojem, a... a on mnie zobaczył i powiedział, żebym wszedł. Nie chciałem odmawiać, więc się zgodziłem. Chwilę rozmawialiśmy, po czym wróciłem do siebie.
- O czym rozmawialiście?
- My... Pytał mnie o powód włóczenia się po korytarzach, więc powiedziałem mu, że chciałem być sam. Wiesz, że ta cała sytuacja jest dla mnie trudna. Musiałem poukładać sobie to wszystko w głowie.
- Dobrze. Ja ci tylko radzę - trzymaj się od niego z daleka. Nie chcę, żeby zrobił ci to samo co... Yyy... Nie chcę, żeby zrobił ci nic złego. Mam nadzieję, że mnie posłuchasz. Oczywiście nie mogę ci niczego zabronić. Pamiętaj jednak, że chcę dla ciebie jak najlepiej.
Potter skinął głową. Ufał Remusowi i jego osądowi. Zastanawiały go jednakże słowa Syriusza. Pamiętał dobrze, że ojciec chrzestny nakłaniał go do... pogłębienia znajomości z wampirem. Dlaczego? Nie wiedział. Ale ze słów Lupina wyraźnie wynikało, że mężczyzna wcześniej coś komuś zrobił. Może nawet samemu Lunatykowi? Tylko czemu miałby robić to jemu? Voldemort na pewno nie byłby z tego zadowolony.
- Muszę cię niestety już zostawić. Za chwilę mam spotkanie w Norze i nie chcę się na nie spóźnić. Pa, Harry. - powiedział wilkołak, po czym przytulił chłopca i skierował się w stronę wyjścia.
- Pa. Dziękuję za radę. Do zobaczenia, Remusie.
Mężczyzna wyszedł.
Kiedy przyszły ślizgon został sam, położył się na łóżku. Było już dosyć późno. Do kolacji została mu zaledwie godzina. Czekając na posiłek, Harry próbował sobie przypomnieć dzisiejszy trening. Reimon przyszedł oczywiście punktualnie. Najpierw była krótka rozgrzewka, potem chwilę się rozciągał. Po tym wampir pokazał mu kilka sposobów na uniknięcie klątwy, a następnie ćwiczyli je. Kiedy Harry robił coś źle, Teels podchodził do niego i ustawiał go w odpowiedniej pozycji, albo przytrzymując daną część ciała, pokazywał odpowiednie ruchy. Harry nie pamiętał, żeby działo się coś dziwnego, karalnego, albo coś, co sprawiało mu jakikolwiek dyskomfort. Odłożył myśli o wampirze na bok i ułożył się wygodniej. Jeśli zdrzemnie się pół godzinki to nic się nie stanie, prawda?


***
- ...er! Potter, do cholery! Przesuń się chociaż, skoro nie zamierzasz wstawać!
Ktoś krzyczał. Harry leniwie uchylił powieki, żeby sprawdzić kim jest owa osoba. Kiedy zobaczył przed sobą Draco Malfoy'a, o mało nie wyskoczył z własnej skóry. Chłopak klęczał nad nim na samym brzegu łóżka i nachylał się tak, że gdyby jego włosy były długości tych Snape'a, to muskałyby teraz policzki zielonookiego, który przez tą myśl się zarumienił
- Co? - zapytał mało inteligentnie. Dopiero teraz spostrzegł się, że zajmuje praktycznie całą powierzchnię łóżka, a jedyne puste miejsca to dziury między jego rozłożonymi rękami i nogami. Natychmiast przesunął się w bok, zsuwając ze sobą nogi i kładąc ręce wzdłuż ciała. Draco wsunął się pod kołdrę obok niego.
- Um... Która jest godzina?
- 23.00. Daj mi spać, Potter.
Chłopak kiwnął tylko głową i przymknął oczy.


"No, pięknie! Przespałem kolację! Spałem przez cztery godziny!"

" Uspokój się trochę, ja tu próbuję spać!"

"Och, daj mi spokój, Syriuszu. Jestem głodny!"

"Och, no to śpij!"

"Ale..."

"Śpij."

I Harry zasnął.

***

Kiedy Potter obudził się, była czwarta. Do śniadania jeszcze trochę było, a jemu w brzuchu burczało, jak by nie jadł od tygodnia. Spojrzał na śpiącego obok Draco. Chłopak był na prawdę śliczny. Miał delikatne rysy twarzy, piękne, blond włosy i cudowne, błękitnoszare oczy. Wyglądał bardzo pociągająco w pozycji, w jakiej spał. Harry mimowolnie przypomniał sobie ich pocałunek. To było o wiele lepsze od tego z Cho i (o dziwo) też od tego z Reimonem. A przecież się nienawidzili. Chociaż... Teraz to już chyba nie była nienawiść. Skoro potrafili zasnąć obok siebie, to znaczy, że w jakiś pokręcony sposób ufali sobie. Kierowany jakimś dziwnym instynktem pochylił się i delikatnie musnął wargami skroń ślizgona, po czym bijąc się z myślami dlaczego to zrobił, zaczął wstawać. Chciał pójść do kuchni i poprosić o coś do jedzenia. Nie chciał jeść w pokoju z obawy, że obudzi tym Dra... Malfoya. Ech... Malfoy... Harry nie wiedział co myśleć. Cóż, prawdą było, że ich pocałunek w łazience wywołał w nim wiele różnych emocji i to nie tylko tych złych. No... Szczerze mówiąc, to był to najwspanialszy pocałunek w jego życiu. Samo wspomnienie ust blondyna sprawiało, że przez jego ciało przepływały strumienie ciepła. A jego ciało... Mmm, marzenie... Miał cudownie wyrzeźbiony tors i... STOP!!

"Cholera, Potter! To jest Malfoy! MALFOY! Nie ma opcji, żeby ON ci się podobał!"

Ostudził sam siebie.

"Nie i koniec."

Harry otrząsnął się i przywołał skrzata. Po chwili stworzenie pojawiło się z towarzyszącym temu odgłosem. 
- W czym Motka może paniczowi pomóc? - wypiszczało.
- Czy mogłabyś mnie zaprowadzić do kuchni i dać coś do jedzenia?
- Oczywiście, Motka już prowadzi.
Skrzatka ruszyła do przodu, a Potter podążył za nią. Nie minęło pięć minut i siedział już w kuchni z wielką porcją naleśników przed sobą. Kiedy zjadł, poprosił jeszcze któregoś ze skrzatów za zaprowadzenie go z powrotem do pokoju. Było zaledwie dwadzieścia po czwartej, więc jego współlokator na pewno jeszcze spał. Jeśli zachowa się wystarczająco cicho, to zdoła go nie obudzić. Z takim planem w głowie otworzył drzwi. Tak, jak myślał - jasnowłosy nie ruszył się z miejsca. Ostrożnie zamknął je za sobą, ale nie do końca mu to wyszło, gdyż klamka zaskrzypiała. Natychmiast odwrócił się w stronę łóżka.

"Ufff... śpi."

Pomyślał i starając się to utrzymać podszedł na palcach z drugiej strony posłania. Wsunął się najdelikatniej jak tylko potrafił pod kołdrę i zamknął oczy. W środku wręcz skakał z radości, że udało mu się nie zbudzić arystokraty.
-Dlaczego mnie pocałowałeś? - pytanie uderzyło w niego niczym "Crucio" z ręki Bellatrix. W momencie otworzył oczy i podniósł się do pozycji siedzącej. Spojrzał w bok. Draco Malfoy wpatrywał się w niego swoimi platynowoszarymi ślepiami.
- Ja... - całe wnętrze Harry'ego wręcz wrzeszczało o pomoc, jednak ta nie nadeszła. - Nie wiem. - odparł po chwili milczenia.
- Jak to nie wiesz? Jak możesz nie wiedzieć dlaczego kogoś pocałowałeś?
- No... Po prostu - nie wiem.
- Jakim cudem ty nie wiesz, Potter?
- Nie wiem, tego też nie wiem.
- Rozmawiać z tobą... Ech! Śpij, Potti.
- Tak... Dobranoc, Malfoy.
Ta rozmowa była co najmniej dziwna. Normalnie Draco wyzwałby go od zboczeńców i to obmacujących śpiące ofiary, ale nie zrobił tego. Z mieszanymi uczuciami chłopiec z blizną w końcu zasnął myśląc o tym, jak wytłumaczyć chociażby samemu sobie ten... pocałunek...

CDN...

Dobra, rozdział skończony, a ja za niedługo wstawię nowy post. Zanim skończycie czytać i przejdziecie do KOMENTOWANIA, to jeszcze jedno małe info. Otóż dodałam ostatnio pewne ułatwienie dla was. Otóż po prawej stronie (musicie przejechać na samą górę i pod dodatkową informacją o konkursie [pisaną czerwonymi literkami] ) znajduje się przycisk "Submit". Obok niego za to jest miejsce do pisania. Jeśli wpiszecie tam swój e-mail i klikniecie w ten przycisk, będziecie powiadamiani przez niego o kolejnych notkach (czy to o rozdziałach, czy informacjach). A więc na co czekasz, czytelniku, Przestań gapić się w ten tekst i KLIKAJ! A teraz, jeśli już wpisałeś adres mailowy i kliknąłeś, masz jeszcze jedną rzecz do zrobienia. I tu proszę o skupienie całej swojej uwagi. Na dole tej strony znajduje się białe okienko, w które możesz wpisać cokolwiek byś chciał/a wiesz? Proszę, napisz tam co sądzisz o tym blogu, o moim powrocie, o tej notce, o swoich przypuszczeniach co do wampira (lub jakiegokolwiek innego bohatera opowiadania), o wszystkim, o czym zechcesz, a jeśli nie chcesz pisać o moim blogu, to możesz podzielić się ze mną jakimś fajnym kawałem, zdarzeniem z dzisiejszego dnia, albo czymś jeszcze innym, żebym wiedziała, że ktoś tu był, że ktoś to czyta. Możesz mi nie wierzyć, ale na prawdę cieszę się jak głupia z każdego jednego komentarza i od dziś dzień obiecuję odpowiadać na każdy, nawet ten najkrótszy.

A teraz muszę się już niestety z wami pożegnać. Mam nadzieję, że jeszcze ktoś tu zagląda i zechce skomentować. Chciałabym też trochę poznać wszystkich moich czytelników, więc proszę o wpisanie też w komentarzach czegoś o sobie.

Na razie, pa pa, cześć i BAJ!
~Velia zwana Vel ;*