sobota, 3 października 2015

One-shot

Witam serdecznie!
Dzisiaj jestem w dość... nieprzyjemnym nastroju. Moje dokładne uczucia łatwo będzie wyłapać, czytając tekst. Nie ma on sprecyzowanych bohaterów, więc każdy z was może ustalić sobie ich samodzielnie. Pomimo, że pisane jest od strony dwóch osób płci męskiej, można postacie utożsamiać z osobami obu płci. Ja sama bardzo utożsamiałam się z głównym bohaterem, a jestem dziewczyną. Z resztą pisząc to, miałam na myśli dwie dziewczyny i od razu podkreślam, że ostatnie słowa są kwintesencją mojej pracy i mają znaczenie dosłowne, zwłaszcza samo ostatnie słówko. Proszę jednak nie przewijać do końca, bo zepsujecie sobie cały klimat. ;) 

Dedykuję ten one-shot...
Mini, bo jest moją najlepszą przyjaciółką i nie wiem, co bym zrobiła, gdyby jej zabrakło przymnie. Dziękuję, że JESTEŚ. :***

Enjoy! (Dla lepszego klimatu możecie włączyć sobie ten oto utwór: https://www.youtube.com/watch?v=GAsXVoJT5dM 
"Szklanka Wody" - Bajm)


    Patrzę, jak odchodzisz i powstrzymuję łzy. Widzę, jak stawiasz krok za krokiem, jak Twoje ciało oddala się coraz bardziej i mam w głowie tylko jedno - ból. Przypominam sobie nasz początek. Odtwarzam w głowie sceny, które powiedziałyby mi, jak to się stało, że teraz tak cierpię. We wspomnieniach widzę dwie malutkie osoby, które nieśmiało się do siebie uśmiechają. Widzę, jak się razem wygłupiają, jak uparcie brną w to, co przyniesie im kiedyś tyle bólu i ran, tyle rozpaczy... Ale to umyka mi, kiedy przypominam sobie radość - czystą i niczym niezmąconą. Przypominam sobie szczęście oraz poczucie, że jest się jednak komuś na tym świecie potrzebnym. W tej wizji nie ma żadnych obaw, żadnych wątpliwości. Patrzę na rosnące z czasem zaufanie. Tak... Nigdy nie potrafiłem ufać komuś tak bardzo, jak Tobie. Właściwie, to nadal ufam Ci bardziej niż komukolwiek innemu. Dobrze wiem, że gdybyś powiedział mi, że rozbroiłeś bombę, którą trzymasz i podał mi ją, nie obawiałbym się o swoje życie nawet wtedy, gdy podpaliłbyś lont. Na obrazach, które przelatują mi przez umysł, widzę dwóch radosnych chłopców, którzy nie mają przed sobą tajemnic. Doskonale pamiętam, jak opowiedziałeś mi o swojej przeszłości. Mówiłeś o ludziach, którzy Cię krzywdzili, a ja czułem do nich odrazę. Byłem dzieckiem, ale doskonale wiedziałem, że było to dla Ciebie trudne. Przytuliłem Cię wtedy i obiecałem, że nigdy Cię nie opuszczę, że cokolwiek się wydarzy, będę przy Tobie…  
I byłem.



     Potem był okres dojrzewania. To nie było łatwe. Tyle kłótni, tyle razy czułem, że wbijasz we mnie i w moje serce najostrzejsze noże oraz sztylety. Tyle razy czułem rozpacz, tyle łez wylałem, kiedy to się działo, a Ty i tak bezwzględnie deptałeś resztki moich uczuć i raniłeś jeszcze bardziej, jednak ja nadal przy Tobie byłem. Podczas największych kłótni, wciąż byłem i czułem, że wiesz, że możesz mi dalej ufać, że ja ufam Tobie. Potem ten okres minął. Myślałem, że więź, która była między nami, jest nie do zerwania, skoro tyle już przetrwała. Myślałem, że w końcu będzie nasz wyczekiwany, upragniony "happy end".

     I tak właśnie było. Przez jeden, piękny miesiąc było jak we śnie. Dawałeś mi wsparcie i byłeś dla mnie wszystkim, czego potrzebowałem do szczęścia. Dzięki Tobie myślałem, że moje życie ma sens, że jest potrzebne i ma ogromną wartość. Czułem, że muszę żyć, żeby być przy Tobie, że naprawdę jestem kimś ważnym w Twoim życiu.




     Wtedy stało się TO. Jedna wiadomość... Kilka słów... Przesyt cierpienia... Kiedy o tym myślę, wstrzymuję łzy. Czuję, że tracę coś ważnego. Wiem, że moje serce roztrzaskuje się na miliardy kawałeczków, w które Ty, swoimi słowami wbijasz miliardy kolców. Wiem, że to już koniec, że już do mnie nie wrócisz, że między nami nie ma już tej więzi, co wcześniej.

    I znów znalazłem się w realnym świecie. Wspomnienia przepłynęły, ale pozostał ból. Wciąż mam przed oczami Twoją, oddalającą się sylwetkę.
Co zrobiłem nie tak?
Nie wiem.


    Stoję teraz w łazience, przed lustrem i patrzę z odrazą na swoją twarz. Na twarz kogoś, kto nie ma już wartości, kto pozwolił Ci odejść. Czuję, jak narasta we mnie wściekłość, jak rozpływa się po moim ciele i przedostaje z prędkością światła do każdej komórki mojego ciała, wypełnia mnie całego. Aby dać jej upust, unoszę dłoń, która już od jakiegoś czasu jest zaciśnięta w pięść. Nie wiem nawet, kiedy uderzam w szklaną powierzchnię przede mną. Przyglądam się, jak odłamki lustra rozpryskują się po podłodze i umywalce, jak ranią skórę mojej dłoni aż do krwi. Jakimś dziwnym sposobem przynosi mi to ukojenie. W przypływie emocji unoszę jeden z większych kawałków, który mocno rani moje palce i oglądam go dokładnie. Uśmiecham się. 

    Teraz już nie potrafię hamować łez, ale w tym momencie nie ma to dla mnie znaczenia. Przykładam odłamek do nadgarstka i rozcinam go. Robię to delikatnie. Nie chcę, by mnie to zbyt silnie zraniło. Mimo wszystko nie chcę umrzeć. Rubinowe krople spływają wolno po mojej skórze, a ja czuję coraz większą ulgę, coraz większą wolność. Wszystkie myśli odpływają. Widzę tylko krew... Piękny widok! Nie czuję bólu. To, jak mnie zraniłeś, przyćmiewa każde inne cierpienie. Nie da się skrzywdzić mnie bardziej, więc nie mam się czym przejmować. Mogę sobie ulżyć i wiem o tym doskonale. Przykładam dłoń do szyi. Pamiętam, że przez pewne zdarzenie mam niechęć do dotykania mnie po niej, ale w tej chwil to również nie ma znaczenia. Nie czuję tak, jak czułem kiedyś. Moje zmysły są zaćmione. Już nie działają.

    Chyba przeciąłem nadgarstek zbyt mocno, bo zauważam, że stoję w małej, czerwonej kałuży. Szybko przesuwam palcem, aby wyczuć tętnicę. Szukam jej w milczeniu, z delikatnym uśmiechem na twarzy i potokiem łez, spływającym po policzkach. W końcu ją odnajduję. Wyczuwam pod palcem, jak w zawrotnym tempie krew przepływa przez to miejsce. Nie zauważam, w którym momencie, druga ręka szybuje w górę. Nie pamiętam również, kiedy chłodne szkło przebija się przez skórę i kiedy rubinowa fontanna tryska do umywalki.
Nie pamiętam już nic.
Kompletnie nic…



     Uśmiecham się nadal, a łzy spływają jeszcze silniej, niż parę sekund temu. Patrzę na drzwi i widzę, jak otwierają się z trzaskiem. Stoisz w nich Ty. Na Twojej twarzy widzę troskę i strach. O mnie? Tak, właśnie o mnie... Upadam na podłogę, a Ty podbiegasz do mnie i przytulasz moje już prawie martwe ciało. Uśmiecham się tak szeroko i szczerze, jak tylko potrafię. W ten sposób zawsze chciałem umrzeć - w ramionach kogoś, dla kogo moje życie ma znaczenie, kogoś, kogo kocham. Bo to jest miłość. Nie romantyczna, ani braterska, tylko najszczersza, najczystrza miłość do kogoś, kto jest ci najbliższy ze wszystkich ludzi na świecie.
Do przyjaciela.

    I w ostatnich trzech sekundach mojego życia uświadamiam sobie, że to wszystko jest fikcją... Że tak na prawdę leżę teraz sam, w kałuży własnej krwi i umieram, a jedyne, co do mnie czujesz, to nienawiść. Że nie obejmujesz mnie teraz, a cała ta piękna wizja działa się tylko w mojej głowie. Że sobie to wymyśliłem…

    Trzy sekundy przed śmiercią uświadamiam sobie, jak ważne jest, by mieć kogoś bliskiego. By mieć przyjaciela. Nie wielu, którzy tak naprawdę nigdy nie mogli Cię zrozumieć, ale jednego, z którym można dzielić zarówno radość, smutek, jak i wszystkie inne emocje. Bez takiej osoby życie staje się jedynie plątaniną szarych barw, codziennych obowiązków oraz wszechobecnej pustki, której nie wypełni nic. Bez niej jesteśmy tylko zwykłymi mieszkańcami naszej planety, których egzystencja może się bardziej lub mniej przyczynić do zniszczenia warstwy ozonowej, bo aby mieć wartość, trzeba mieć kogoś, kto ja określi. Wtedy dla tej jednej osoby będziemy kimś ważnym… Kimś więcej niż każdy inny człowiek. Dopiero wtedy możemy żyć naprawdę.
Dlatego ja nie mam po co istnieć...

    Zostały już dwie sekundy, a ja zaczynam martwić się o to, co zrobi moja rodzina. Moja mama, która zawsze kochała mnie tak bardzo... bardzo mocno! Tata, który zrobiłby wszystko, żebym tylko był szczęśliwy, żebym był pełen radości i uśmiechu. Pełen przyjemnych wspomnień. Właściwie... Gdzie oni teraz są?
No tak, bawią się u swoich przyjaciół i cieszą życiem, które było dla nich o wiele łaskawsze niż dla mnie.
 

A moja siostrzyczka? Ten mały aniołek, który zawsze myślał o mnie i chciał, żebym nigdy się nie smucił? Ta maleńka istotka, która przychodziła się do mnie przytulić, kiedy się czegoś bała... Co zrobi po mojej śmierci?
Cóż... Wczoraj po raz kolejny się pokłóciliśmy, a więc pewnie aż tak się tym nie przejmie. Może nawet poczuje ulgę, że nie będę już jej pouczał oraz podbierał słodyczy. W końcu teraz na pewno będzie oczkiem w głowie rodziców.


Tak... Nie ma nikogo, kto by się mną martwił… Przecież zawsze byłem dla wszystkich jedynie kłopotem.


    Jedna sekunda. Znów mam przed oczami twoją twarz. Uśmiecham się. Bez Ciebie i tak nie mógłbym żyć naprawdę. Nie martw się - myślę. - Właśnie Cię od siebie uwolniłem. Już nigdy nie zobaczysz mojej znienawidzonej twarzy. Odchodzę, żebyś był szczęśliwy, że nie musisz się już więcej ze mną męczyć.

Mając w głowie tę przyjemną świadomość, że może dzięki temu będziesz szczęśliwszy, dławię się krwią…

Umarłem.




Została tylko ostatnia myśl - Kocham Cię... Mój przyjacielu.

CD... nie nastąpi.

No więc mam nadzieję, że wczuliście się chociaż trochę w ten klimat i liczę, że udało mi się w was obudzić jakieś uczucia. Pamiętajcie, o swoich przyjaciołach i szanujcie ich, bo czasem wystarczy chwila, a możecie stracić ich już na zawsze. Historia jest nieco niedopracowana, ponieważ w napływie emocji ciężko jest pisać składnie i dokładnie opisywać, ale przynajmniej przekazałam wam moje emocje (mam nadzieję) i opublikowałam coś w końcu. ;) A na rozdział Drarry poczekacie, aż 6 różnych osób nie skomentuje tego postu. 

Do miłego ;*
~Velia zwana Vel