Hej!
Wiem, wiem! Miało być dawno temu, a jest teraz, ale, ale...
Uprzedzam was, że nie jest to pełny rozdział, ale na końcu mam
dla was niespodziankę. Takie trochę usprawiedliwienie dla mojej
weny. Obiecuję, że przywołam ją do porządku.
Tym
razem dedykację dostaje Felixik. Chyba domyślasz się, ale powiem. Dostajesz za te cudowne, dodające weny komentarze, które pisała również Klaudiu, ale ona jeśli zasłuży, to dostanie swoją dedykację. ;)
Enjoy!
Ręka
była zaciśnięta na sztylecie, którym w śnie torturował
blondyna. Mimo, że nie było na nim krwi, ciałem Pottera wstrząsnął
dreszcz.
"Skąd...
Skąd to tu..."
Nagle
poczuł się obserwowany. Rozejrzał się, upewniając się, że w
pomieszczeniu nie ma żadnej, niepowołanej osoby. Odetchnął z
ulgą, kiedy oprócz śpiącego obok niego Draco, nie znalazł
nikogo. Dlaczego więc wciąż miał wrażenie, że ktoś na niego
patrzy?
Otworzył szufladę w szafce nocnej i nieco trzęsącą się dłonią odłożył do niej sztylet, zabierając różdżkę.
- Tempus - szepnął, aby nie zbudzić Malfoy'a. Było nieco przed szóstą nad ranem, jednak czuł, że nie zdoła już dziś zasnąć.
Otworzył szufladę w szafce nocnej i nieco trzęsącą się dłonią odłożył do niej sztylet, zabierając różdżkę.
- Tempus - szepnął, aby nie zbudzić Malfoy'a. Było nieco przed szóstą nad ranem, jednak czuł, że nie zdoła już dziś zasnąć.
***
Oprócz
myśli na temat snu, umysł Harry'ego zaprzątała lekcja z
Voldemortem. Bał się. Nie był jeszcze gotowy, aby zrobić
wszystko, czego mężczyzna mógł od niego oczekiwać, a ten rytuał
należał do najtrudniejszych i najbardziej skomplikowanych w całym
magicznym świecie. Co jeśli będzie musiał zrobić coś, czego nie
będzie w stanie się nauczyć? Godzina spotkania z Tomem
zbliżała się nieubłaganie, a Gryfon nie potrafił zająć myśli
niczym innym. Skończyło się na tym, że siedział, patrząc na
zegar i liczył czas, jaki został mu do śniadania.
***
Kiedy
po posiłku Harry szedł do komnat Riddle'a, jedynie wizja
rozwścieczonego Lorda sprawiała, że nie biegł teraz do swojego
pokoju, by zakopać się w pościeli. Nogi prawie odmawiały mu
posłuszeństwa. Kiedy w końcu udało mu się dojść na miejsce,
zza drzwi doszedł go krzyk...
No
cóż... Nie jest to może wiele (istny fragmencik...), ale żeby nie było, że nic nie
robię, mam dla was coś jeszcze!
Uwaga...
.
.
.
.
.
.
.
.
Poddaję
waszej opinii prolog mojej książki! Jest to ledwo wstęp do
wszystkiego, ale chciałabym poznać waszą opinię na jej temat. ;)
Prolog
Kim
jestem? Nie mam pojęcia. Ale wiem, że jeśli sama czegoś nie
zrobię, nie dowiem się prawdy. Kim jestem? Kim jestem teraz? No i
dlaczego? Dlaczego akurat ja jestem im potrzebna? Czy to nie mógłby
być ktoś inny?
To
może zacznę od przedstawienia się. Nazywam się Roksana Radowska.
Zwykłe imię i zwykłe nazwisko. Nic specjalnego i nic, czego można
by się obawiać, prawda? Bo co może być strasznego w nadanej komuś
nazwie? No właśnie - nic. Mój wygląd też nie wyróżnia się
niczym szczególnym. Mam średniej długości, ciemnobrązowe włosy
i prawie czarne oczy. Lubię ich kolor. Jest to na prawdę niezwykle
ciemny odcień brązu. Mam też coś, czego nienawidzę w swoim
wyglądzie. Są to piegi, których niestety mam dosyć sporo. Nie
jestem specjalnie wysoka, choć do niskich też nie należę, ale
pomimo, że nie mam nadzwyczajnie długich nóg, to i tak biegam
najszybciej w szkole, co zawsze niezmiernie dziwiło moją
nauczycielkę wychowania fizycznego.
Na moją cudowną rodzinkę składa się dwóch braci i nasi rodzice. Mama - Anna - jest szczupłą brunetką z intensywnie zielonymi oczami, a tata - Marek - ma krótkie, czarne włosy i brązowe oczy. Jest na prawdę wysoki i nieco przy kości, ale nie ma dużej nadwagi. Oboje muszą mieć zawsze wszystko uporządkowane i dopięte na ostatni guzik, więc często dziwię się jakim cudem ja jestem tak roztrzepana. W dodatku są niezwykle przeczuleni na punkcie mojego bezpieczeństwa. Nie widziałam jeszcze, żeby ktokolwiek odprowadzał swoje dziecko pod same drzwi wejściowe liceum, albo kazał dzwonić co dwie godziny, kiedy wyjdzie się gdzieś ze znajomymi. O dziwo moi bracia mają o wiele więcej swobody. Starszy nazywa się Łukasz i jest teraz na drugim roku studiów prawniczych. Ma czarne włosy do ramion i od sześciu lat nosi okulary w grubych, czarnych oprawkach, za którymi kryją się jego zawsze roześmiane, piwne oczy. Młodszy - Michał - ma przefarbowane na blond włosy i duże oczy, zawsze patrzące na wszystkich z wyższej pozycji, gdyż wzrost odziedziczył po ojcu. Chodzi do pierwszej klasy szkoły zawodowej, gdzie szkoli się na mechanika samochodowego. Świetnie gra na gitarze i zawsze chciał założyć własny zespół, ale niestety nie wszystko poszło tak, jak sobie to wymarzył. Całą czwórkę darzę ogromną miłością i dla nich mogłabym wskoczyć w ogień. Nie wyobrażam sobie, co bym zrobiła, gdyby coś im się stało.
Na moją cudowną rodzinkę składa się dwóch braci i nasi rodzice. Mama - Anna - jest szczupłą brunetką z intensywnie zielonymi oczami, a tata - Marek - ma krótkie, czarne włosy i brązowe oczy. Jest na prawdę wysoki i nieco przy kości, ale nie ma dużej nadwagi. Oboje muszą mieć zawsze wszystko uporządkowane i dopięte na ostatni guzik, więc często dziwię się jakim cudem ja jestem tak roztrzepana. W dodatku są niezwykle przeczuleni na punkcie mojego bezpieczeństwa. Nie widziałam jeszcze, żeby ktokolwiek odprowadzał swoje dziecko pod same drzwi wejściowe liceum, albo kazał dzwonić co dwie godziny, kiedy wyjdzie się gdzieś ze znajomymi. O dziwo moi bracia mają o wiele więcej swobody. Starszy nazywa się Łukasz i jest teraz na drugim roku studiów prawniczych. Ma czarne włosy do ramion i od sześciu lat nosi okulary w grubych, czarnych oprawkach, za którymi kryją się jego zawsze roześmiane, piwne oczy. Młodszy - Michał - ma przefarbowane na blond włosy i duże oczy, zawsze patrzące na wszystkich z wyższej pozycji, gdyż wzrost odziedziczył po ojcu. Chodzi do pierwszej klasy szkoły zawodowej, gdzie szkoli się na mechanika samochodowego. Świetnie gra na gitarze i zawsze chciał założyć własny zespół, ale niestety nie wszystko poszło tak, jak sobie to wymarzył. Całą czwórkę darzę ogromną miłością i dla nich mogłabym wskoczyć w ogień. Nie wyobrażam sobie, co bym zrobiła, gdyby coś im się stało.
A
teraz przejdę do tego, co wydarzyło się jakiś czas temu. Otóż
było to cztery dni przed moimi osiemnastymi urodzinami. Miałam
świętować je, razem z moją przyjaciółką, Weroniką, na
największej imprezie tego roku w naszym mieście - otwarciu nowego
klubu w centrum. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem. Po
niecałej godzinie podszedł do nas pewien chłopak. Był to wysoki,
umięśniony blondyn o oczach identycznych, jak moje. Ubrany był w
krwisto czerwoną koszulę, czarną marynarkę i czarne jeansy.
Wydawało mi się, że skądś go znałam, ale nie miałam pojęcia
skąd. Powiedział, że nazywa się Dominik i chciał, żebym z nim
zatańczyła, ale w momencie, w którym dotknęłam jego ręki, moje
skronie przeszył nagły impuls bólu, a ja w ułamku sekundy opadłam
na podłogę. Wtem rozbrzmiał głos. Znałam go. Byłam pewna, że
go znam, chociaż nie mogłam przypisać go do żadnej konkretnej
osoby. Wypowiedział jedynie dwa, krótkie słowa: "Przybyli,
uciekaj.". Spojrzałam w prawą stronę. Obok mnie klęczał
Dominik. Za nim nachylała się nad nami Weronika
- Wszystko w prządku? Jesteś tak pijana, czy to ja tak na ciebie działam? - Zapytał, starając się chyba obrócić to zdarzenie w żart, ale w jego głosie dało się wyczuć, że był zmartwiony. Patrzyłam na nich chwilę, próbując zebrać myśli i złożyć w głowie jakąś względnie składną wypowiedź.
- Co to było? Ten głos... - wydukałam po chwili, nie zważając zupełnie, że przed chwilą upadłam na pokrywające podłogę wzdłuż baru panele. Najwidoczniej zdziwiło ich moje pytanie, bo popatrzyli na mnie, jakby mi co najmniej wyrosła druga głowa.
- Jaki głos? - Tym razem odezwała się moja przyjaciółka. No jak to jaki? "Przybyli, uciekaj"... Nie możliwe, żebym sobie to wyobraziła! Rozejrzałam się po sali. Wszyscy tańczyli, bawili się i nie wydawali się być niczym specjalnie zdziwieni.
- Jak to jaki? - Przeniosłam wzrok na moich rozmówców. - Nic nie słyszeliście? - Widząc jednak pytające spojrzenie Weroniki, postanowiłam porzucić temat. Wzruszyłam więc tylko ramionami. Dominik podniósł się i podał mi rękę. Tym razem, kiedy go dotknęłam, nic się nie wydarzyło. Straciłam jednak wszelką ochotę na zabawę. Dobry humor opuścił mnie już chyba na dobre.
- Bawcie się razem. Ja wrócę do domu - powiedziałam i pożegnałam się z nimi. Wyszłam z budynku. Na zewnątrz wiał lekki wiatr. Kierując się w stronę ulicy, na której mieszkam, przyglądałam się niebu. Księżyc nie był jeszcze wysoko, jednak widać było już pierwsze gwiazdy. Kiedy byłam młodsza, uwielbiałam siedzieć w nocy na parapecie i obserwować gwiazdozbiory. Tak odległe. tajemnicze i niezmierzone. Doskonale pamiętam, jak gdy nie mogłam zasnąć, podchodziłam do okna, wspinałam się po grzejniku na parapet i patrzyłam w granat nocnej otchłani, a ona uśmiechała się do mnie z daleka i co kilka tygodni machała do mnie którąś z gwiazd.
Idąc przez wyłożony kostką chodnik, pogrążyłam się w myślach o dzieciństwie. O tym, jak w każde wakacje huśtałam się u babci na huśtawce jedząc truskawki, jagody, maliny, porzeczki i wiele innych owoców. O tym, jak zimą jeździłam z mamą na łyżwach. O tym, jak tata zabierał mnie na wycieczki rowerowe. O tym i o wielu innych, beztroskich chwilach, które, jak się później miało okazać, będą najbardziej bolesnymi wspomnieniami. Niestety... Nie da się zmienić tego, co los dla nas przygotował, choćbyśmy nie wiem jak chcieli. To przyjdzie i tak, choć nie zawsze w takiej formie, w jakiej byśmy się spodziewali.
W pewnej chwili, kiedy byłam mniej więcej w połowie drogi do domu, zadzwonił mój telefon. Zatrzymałam się na chwilę, by odszukać go w torebce. Wtem coś za mną poruszyło się, a ja poczułam chłodny dotyk na szyi i osunęłam się w ciemność...
- Wszystko w prządku? Jesteś tak pijana, czy to ja tak na ciebie działam? - Zapytał, starając się chyba obrócić to zdarzenie w żart, ale w jego głosie dało się wyczuć, że był zmartwiony. Patrzyłam na nich chwilę, próbując zebrać myśli i złożyć w głowie jakąś względnie składną wypowiedź.
- Co to było? Ten głos... - wydukałam po chwili, nie zważając zupełnie, że przed chwilą upadłam na pokrywające podłogę wzdłuż baru panele. Najwidoczniej zdziwiło ich moje pytanie, bo popatrzyli na mnie, jakby mi co najmniej wyrosła druga głowa.
- Jaki głos? - Tym razem odezwała się moja przyjaciółka. No jak to jaki? "Przybyli, uciekaj"... Nie możliwe, żebym sobie to wyobraziła! Rozejrzałam się po sali. Wszyscy tańczyli, bawili się i nie wydawali się być niczym specjalnie zdziwieni.
- Jak to jaki? - Przeniosłam wzrok na moich rozmówców. - Nic nie słyszeliście? - Widząc jednak pytające spojrzenie Weroniki, postanowiłam porzucić temat. Wzruszyłam więc tylko ramionami. Dominik podniósł się i podał mi rękę. Tym razem, kiedy go dotknęłam, nic się nie wydarzyło. Straciłam jednak wszelką ochotę na zabawę. Dobry humor opuścił mnie już chyba na dobre.
- Bawcie się razem. Ja wrócę do domu - powiedziałam i pożegnałam się z nimi. Wyszłam z budynku. Na zewnątrz wiał lekki wiatr. Kierując się w stronę ulicy, na której mieszkam, przyglądałam się niebu. Księżyc nie był jeszcze wysoko, jednak widać było już pierwsze gwiazdy. Kiedy byłam młodsza, uwielbiałam siedzieć w nocy na parapecie i obserwować gwiazdozbiory. Tak odległe. tajemnicze i niezmierzone. Doskonale pamiętam, jak gdy nie mogłam zasnąć, podchodziłam do okna, wspinałam się po grzejniku na parapet i patrzyłam w granat nocnej otchłani, a ona uśmiechała się do mnie z daleka i co kilka tygodni machała do mnie którąś z gwiazd.
Idąc przez wyłożony kostką chodnik, pogrążyłam się w myślach o dzieciństwie. O tym, jak w każde wakacje huśtałam się u babci na huśtawce jedząc truskawki, jagody, maliny, porzeczki i wiele innych owoców. O tym, jak zimą jeździłam z mamą na łyżwach. O tym, jak tata zabierał mnie na wycieczki rowerowe. O tym i o wielu innych, beztroskich chwilach, które, jak się później miało okazać, będą najbardziej bolesnymi wspomnieniami. Niestety... Nie da się zmienić tego, co los dla nas przygotował, choćbyśmy nie wiem jak chcieli. To przyjdzie i tak, choć nie zawsze w takiej formie, w jakiej byśmy się spodziewali.
W pewnej chwili, kiedy byłam mniej więcej w połowie drogi do domu, zadzwonił mój telefon. Zatrzymałam się na chwilę, by odszukać go w torebce. Wtem coś za mną poruszyło się, a ja poczułam chłodny dotyk na szyi i osunęłam się w ciemność...
No więc jak już wiecie:
CZYTASZ = KOMENTUJESZ.
~Uganiająca się za weną Velia zwana Vel